sobota, 14 kwietnia 2012

DEATH VALLEY

Dziś pada deszcz. I przyznam szczerze nie chce mi się pisać. Dlatego dziś tylko garść zdjęć z fantastycznego miejsca jakim jest właśnie death valley.

piątek, 13 kwietnia 2012

LAS VEGAS


Mówiłem o najbardziej kiczowatym mieście na świecie - Las Vegas. Dojechaliśmy tam pod wieczór, kiedy ja w sumie zadowolony z dnia uznałem, że dam moim rodzicom tej nocy wychodne i będą mogli zwiedził Vegas nocą. O 20:00 przygotowałem się do snu, dając znać, że jak teraz zasnę to obudzę się opiero rano. Oczywiście ten trick miał na celu oszukanie rodziców i zmuszenie ich do zabrania mnie ze sobą. Bo tak, chłodna kalkulacja podpowiedziała mi, iż płakanie i marudzenie może zatrzymać ich w hotelu całkowicie, a jeżeli będę potulny to ułożą mnie w wózku, przykryją ciepło i zabiorą ze sobą. Nie tak jak w NY, gdzie poszli sami na musical i zostawili mnie w domu.

Stało się tak jak planowałem. Mama nałożyła moje buciki, tata mi założył polarek, położyli mnie wózeczku i po cichu udaliśmy się na miasto. Słyszałem, jak mówili, że udało im się mnie oszukać, że tak szybko zasnąłem etc. Ble, ble, ble. Jacy oni są tragicznie naiwni. Ja sobie jadę w wózku - oni muszą iść, mnie jest ciepło - oni trochę marzną od wiatru, na mnie nikt nie zwraca uwagi, oni są widoczni w całej okazałości. I w ten sposób odwiedziłem Las Vegas. Pewnych rzeczy nie zrozumiałem z tej wycieczki, ale wydaje mi się że logika nie była głównym motywem pomysłu zbudowania tego miasta. Tym motywem były pieniądze. Stąd pierwszym punktem widokowym było kasyno. Kasyno ulokowane w hotelu, ktory wyglądał jak zamek ze Shreka.

W środku tego, jak i z resztą każdego hotelu, do którego zajrzeliśmy znajdowały się tysiące jednorękich bandytów, setki stołów do gry w pokera czy inne oczko a widok ludzi podłączonych sznurkiem do karty płatniczej, wsadzonej do automatu do gier, przywodził na myśl pępowinę, dzięki której zachowane są funkcje życiowe. To mogę powiedzieć autorytatywnie - niedawno jeszcze sam byłem tak przyłączony, aż do momentu, kiedy tata, jednym trafnym cięciem nie odłączył mnie od mamy. Tak czy owak, ludzie wyglądali jakby czerpali życiodajne soki z tych maszyn, a ich obłedny czasem wzrok wskazywał na to, że istnieje prawdodobnie pozacielesna jakaś nić porozumienia mentalnego pomiędzy człowiekiem a maszyną.
Druga grupa ludzi, jaką widziałem w kasynach to imprezowicze/podrywacze. Wszystkie wieczory kawalerskie i panieńskie, spotkania znajomych, randki itp. I przyznam, że to bardzo ciekawe miejsce na takie imprezy bo dużo nie trzeba się nachodzić. Do niektórych kasyn prowadzą nawet schody ruchome z ulicy. Jak już delikwent jest nie w stanie, to może się na takich schodach położyć i obudzić przy recepcji.
Wielke przestrzenie, ogromne sale z grami, wolno tam palić i to mi się nie podobało. Podobało mi się za to, że całe miasto jest przystosowane dla dzieci w wózkach. Wszędzie windy, wszędzie podjazdy i taki luksus, że leżało mi się jak w lektyce.
Ulice świecą neonami, budowle są kosmiczne i przesadzone pod każdym względem. Fakt, że większość Amerykanów marzy o podróży do Paryżą, czy do Egiptu spowodował, iż na jednej z ulic stoi wieża Eiffla, na innej piramida, a lokalny patriotyzm był zapewne motywem wybudowania kopii Manhattanu ze Statuą Wolności przed budynkami. Jest też Wenecja i prawdziwe gondole, pałac Cezara, choć to nie żadna kopia, tylko improwizacja na temat, jest wielki rollercoaster przy skrzyżowaniu dwóch ulic w centrum miasta ( jak będę większy, będę lubił takie rzeczy), wielkie fontanny na następnej przecznicy i sklepy wszystkich największych paryskich i londyńskich marek. Nazwał bym to Bazarem Mini Europa + lokalne rozwiązania. Zabrakło wielkiego kanionu, ale on jest o godzinę lotu helikopterem z lotniska niedaleko naszego hotelu, więc projektanci odpuścili temat. Mówią, że NY to miasto, które nigdy nie zasypia. Jak w takim razie nazwać Vegas? Może miasto, które cierpi na chroniczną bezsenność?
Wróciliśmy do domu i spokojnie mogłem zasnąć przełożony do swojego łóżka. Dziś widziałem kicz, który został wyniesiony do rangi kultu. W sumie to sztuka. I za to, wam bracia Amerykanie - szacun.

TAMA HOOVERA


Najbardziej chyba kiczowate miasto na świecie - Las Vegas - ma swoje miejsce w centrum pustyni, dokąd prowadzi droga przez okolice, w których nie chciałbym mieszkać. Kamienie, jakieś rośliny głównie bez liści i wielkie przestrzenie. Stacji benzynowej nie było przez 50 kilometrów conajmniej.
Obudziliśmy się rano i od samego początku wiedziałem, że to nie będzie mój dzień. Chyba wstałem lewą nogą, choć spało mi się bardzo dobrze. I długo. 6:00 jak codzień, otworzyłem oczy a rodzice cały czas jeszcze spali. Zacząłem powoli się dobijać do nich, a ponieważ mieliśmy osobne łóżka, nie mogłem ich podrapać choćby za uszkiem to rozpocząłem poranne gaworzenie. Zbyt długo im zajęło budzenie, więc moje gadanie zamieniło się w delikatny jęk.
Potem w samochodzie było mi jakoś za ciasno i za gorąco. O ile pierwsze półtorej godziny udało mi się przespać o tyle potem musiałem dać znać. Może właśnie dzięki temu tata zdecydował się zjechać z trasy, a najbliższym postojem była Tama Hoovera (na początku myślałem, że chodzi o odkurzacze) ale okazało się, iż to miejsce ma znaczenie decydujące o życiu miast i wiosek w okręku kilkuset kilometrów. Wielka, ogromna tama, która dzieli rzekę na dwie części. Pierwsza - na poziomie przypuszczalnie kilkadziesiąt, a może nawet powyżej 100 metrów wyżej, dzięki czemu stworzono ogromny zbiornik wodny zwany Lake Mead, oraz druga, wąska z perspektywy tamy rzeczka, która wypływa z wielkich turbin prądotwórczych i wije się dalej przez pustynię.
Ten twór, od dziesiątek lat zaopatruje pustynię w wodę pitną oraz prąd. Bez niego, ląd ten byłby nieużyteczny i omijany, a tak stał się celem podróży masy turystów każdego roku. Nad tamą góruje most zbudowany 2010 roku jako jej bypass. Wszystko to świadczy o wielkim kunszcie inżynierskim ludzi tu pracujących i robi niesamowite wrażenie. Wielki Kanion to było coś, bo był ogromny i naturalny, ale to co widzieliśmy tu, było tak samo zapierające dech w piersiach. Uspokoiłem się trochę, bo nie musiałem siedzieć w gorącym samochodzie i patrzeć na podsufitkę. Tama Hoovera spełniła moje oczekiwania. Ponieważ nie są one zbyt wygórowane (porcja mleka raz na 3 godziny, zabawa ze mną, podrzucanie mnie, nie nazywanie mnie paluszkiem, trzymanie mnie blisko siebie kiedy nie śpię i przerwy w podróży raz na 2 godziny) i właściwie zatrzymanie się w lesie na polanie miało by wystarczający skutek. A tu miałem przestrzeń. Lubię przestrzeń bo wtedy w zaokrągleniu wszyscy są tak samo mali, więc nie czuję się najmniejszy.

Przez całą drogę staram się moim rodzicom dać do zruzumienia, że jestem tak samo pełnoprawnym członkiem wycieczki i że muszą zważać na to, czego potrzebuję a zapewnienie tego, o czym mówię spowodowało by, że mieli by ze mną spokój. Powoli zaczynają to rozumieć, ale czasem muszę im o tym przypominać. Tak jak dziś. Ale myślę, że na tyle ich zmęczyłem, iż zwolnią tempo. Ja wiem, że oni wcześniej ( znaczy w erze przede mną ) podróżowali bardzo szybko, jakkolwiek i w bardzo dziwne miejsca, ale dopóki nie osiągnę wieku samobieżnego muszą brać pod uwagę (jeżeli chcą, abym był ich towarzyszem) że mam inną wytrzymałość, inne potrzeby i oczywiście pójde im na rękę, ale jak będę zmęczony to nie będą mieli ze mną łatwo.
Tama Hoovera i spacer po niej uspokoił mnie na kilka godzin. Good job!

WIELKI KANION


Wielki Kanion nie na darmo nosi nazwę wielki, gdzyż rzeczywiście jest wielki. Na mój mały rozumek to jest niewyobrażalne (choć jeszcze jest wiele rzeczy niewyobrażalnych, jak np dlaczego kuzynka Sophie mówi, a ja jej nie rozumiem, skoro mamę i tatę rozumiem?). Pojawił się trochę niespodziewanie, bo droga do niego jest w miarę płaska i nie zapowiadała dziury w ziemi o głębokości czasem nawet 2 kilometrów. Jedzie się tam spokojnie, przez okolicę nawet można rzecz wiejską, krowy, stacje benzynowe i kilka hotelików. Nic ciekawego.
Kiedy dojeżdza się do parkingu, nadal nie widać, tego po co wszyscy tu przyjeżdzają. Tak jakby miało być to dla wszystkich niespodzianką.
- No to dojechaliśmy - powiedział tata, który od rana był nakręcony tym wyjazdem, gdyż wcześniej ogłosił, że teraz są tylko trzy rzeczy, które chciałby zobaczyć podczas wyjazdu. Wielki Kanion, Sekwoje i winnice w Napa. Pierwszy punkt już za chwilę miał się wypełnić.
Załadowaliśmy się do mojej karocy, ułyżyłem się jak turecki Basza i dałem się powieźć do wejścia. Nadal nie widziałem Kanionu, co spowodowało moje lekkie podejrzenia, bo skoro kanion jest jednym z niewielu naturalnych tworów widocznym z kosmosu, a ja wg wszystkich zapewnień rodziów byłem od niego jakieś 100 metrów, to nie tylko powinienem go widzieć, ale być częścią jego i też być widziany z kosmosu. A tu, zamiast kosmicznych wizji były krzaki i jakieś małe kamienie.
I dopiero po tym, jak tata z mamą pogadali z tym sympatycznym panem Rangersem (swoją drogą to dość śmieszne imię) spomiędzy krzaków wyłoniła nam się ogromna dziura w ziemi.
Pogoda była ładna, choć chłodna. Słoneczko świeciło od rana, nawet kiedy wyruszaliśmy z miasteczka Williams, zapowiadał się bardzo przyjemny dzień. Tata zrobił na pożegnanie kilka zdjęć tej małej mieścince na historycznej trasie 66 i ruszyliśmy pod słońce w stronę Wielkiej Dziury. I teraz staliśmy tam patrząć w dół i podobnie jak około 5 milionów ludzi rocznie otworzyliśmy paszcze w gęście, którzy tutejsi ludzie werbalizują dzwiękiem "łaaaał".

Dobra, kanion jest wielki. I kolorowy. Strasznie głęboki, tak głęboki, że w tym miejscu gdzie pierwszy raz go zobaczyliśmy nie miał dna. Światło padało na kolorowe kamienie tworząc fantastyczną mozaikę odcieni ciepłych barw a ułożenie geologiczne, które jest warstwowe nadawało tego wszystkiemu takiego ładu i porządku. Mimo poszarpaności wzniesień i zawiłości koryta rzeki Kolorado było w tym wszystkim takie poukładanie. Ciężko opisać dokładnie jak to wyglądało bo rzeczywiście takiego cuda jeszcze nie widziałem, z resztą nie tylko ja nie wiedziałem co powiedzieć. Wiele osób po prostu stało patrząc w dół w dal i nie mówiło nic. Siedząc tak w wózku i patrząc na ciągnący się po horyzont wąwóz zrozumiałem dlaczego nie widziałem go zza krzaków na parkingu. Dlaczego krzaki zasłaniały go w 100%. Wielki Kanion zaczyna się od poziomu chodnika i schodzi w dół, więc wystarczy się położyć na ziemi i już go nie widać. Więc krzaki swobodnie go zasłaniały. Trochę mi ten kanion przypominał góry, tylko tak jakby ktoś je odwrócił do góry nogami (to jest śmieszne, bo przecież góry nie mają nóg) a potem ukradł całą ich zawartość. I oglądanie Kanionu to tak jak stanie u podnóża pasma gór i patrzenie na szczyty, tylko w dół. W końcu prawie 2000 metrów to różnica pomiędzy podstawą a szczytem ( w tym wypadku dnem). Tak patrzyłem na to wszystko i mimo tego, iż to cud natury wiem, że jak będę starszy nie będę pamiętał nawet najmiejszego kamyczka z tej wycieczki, nawet jednej chmurki z obłędnego nieba, jakie górowało nad Kanionem. Dlatego z tych całych emocji i rozedrgania emocjonalnego zmusiłem mamę do nakarmienia mnie i ułożyłem się do snu w wózeczku. Spałem smaczenie, aż to nagle obudził mnie dźwięk padającego deszczu i gradu. Pomyślałem sobie wtedy, że porównanie do gór wcale nie było takie nietrafne. Tu też pogoda potrafiła się zmienić z chwili na chwilę.
Naoglądałem się już tego dnia przepaści. To za wiele jak na moje 6 miesięczne zmysły. Sen przyniósł ukojenie. Przyśnił mi się co prawda wielki Kanion, ale ten był całkowicie mój i był zrobiony miąższu owoców mango, więc nie tylko mogłem go oglądać ale także trochę zjeść. Fajny ten kanion był.

wtorek, 10 kwietnia 2012

DROGA DO WIELKIEGO KANIONU.

Rano był basen. Tak jak obiecali mi rodzice. Za to ich lubię - dotrzymują słowa. Chlapaliśmy się przez conajmniej godzinę najpierw w dużym, chłodniejszym basenie a potem odpocząłem w basenie malutkim, takim a la jacuzzi, gdzie woda miałą ponad 30 stopni. Następnie szybki prysznic, w którym pomógł tata i godzinka na hamaku nieopodal domku. Tak, właśnie tak lubię rozpoczynać dzień.
Podróżowanie ze mną zmienia tempo przemieszczania się z puntku A do B. W NY właściwie nie byłem powodem opóźnień, ale muszę przyznać, że cały czas coś się działo, obserwowałem masę zmieniających się rzeczy, więć się nie nudziłem. A jazda samochodem jest specyficzna. Siedzi się na tylnym siedzeniu i patrzy przez tylne okno i jeżeli nie ma tam gór, to widzi się niebo. Niebo może być fascynujące, ale przez godzinę, może półtorej. Ale przez 4? Więc niestety musiałem dać do zrozumienia, że trzeba się mną zająć, że lubię towarzystwo i że nie mam już 3 miesięcy, kiedy przesypiałem całą drogę. Dlatego przeze mnie, przyznaję się bez bicia, nie dojechaliśmy do Wielkiego Kanionu tego dnia. Trochę marudziłem, trochę było mi za ciepło, trochę za bardzo wiało, trochę znudziła mi się żyrafka, którą mama przytroczyła do nosidełka i tak w ogóle to jestem w wieku, że potrzebuję dotyku rąk mamy lub taty kiedy nie śpię. Regularnie co 2 godziny wymuszałem zatrzymanie się na kawę/siku/rozprostowanie kości. Dlatego po drodze widzieliśmy zamek Montezumy, miasto Sedona, które słynie z tego, że otaczają ją fantastycznie czerwone góry, trochę przypominające Wielki Kanion, a potem zajechaliśmy do miasta Williams (choć mieliśmy wylądować we Flagstaf). Miasta, które żyje tylko z tego, że turyści gdzieś muszą spać przed wyprawą do Kanionu. Małe, z tysiącem hoteli i moteli a co najważniejsze na trasie 66, choć tata mówi, że według niego, to ta trasa biegnie gdzieś indziej. Zatrzymaliśmy się w moteliku, na którym nawet nie ma co poświęcać chwili, poszliśmy spać, a od rana ruszamy do Grand Canyon Village, gdzie będziemy mogli na własne oczy zobaczyć jeden z cudów natury.

ŻYCIE W PHOENIX

Ciocia Agnieszka, którą tata zna ze studiów, zadzwoniła do taty jeszcze jak byliśmy na lotnisku w Phoenix. Właśnie odbieraliśmy samochód z wypożyczalni kiedy skończyli rozmowę i tata powiedział, że będziemy mieli bardzo ładny hotel, rekomendowany przez ciocię Agnieszkę. Bardzo się ucieszyłem, a szczególnie z tego, że w tym hotelu miał być basen, a ja bardzo lubię baseny. Mama niedawno zabrała mnie pierwszy raz na pływalnię w Warszawie i od tego czasu jestem wielkim fanem chlapania się. Z resztą jestem przyzwyczajony do siedzenia w wodzie dzięki temu, że rodzice kąpią mnie w kuble a nie w wanience, co powoduje, że nie boję się zanurzenia do szyi. Więc informacja o tym, że w hotelu jest podgrzewany basen bardzo mnie ucieszyła.

Mimo tego, iż wylądowaliśmy na lotnisku około 22:00 lokalnego czasu, temperatura była zupełnie inna niż w NY. Cieplutko, sympatycznie i niewilgotno. I nie pachniało nijak brzydko. Bałem się, że gorąco, którego tak naprawdę nie znam jeszcze, przygniecie mnie do ziemi i będę płakać. Ale okazało się, że wieczorn temperatura Phoenix jest bardzo przyjemna. Dostaliśmy w wypożyczalni czarny samochód, który pomieścił mój wózek i to właściwie tyle, co mogło mnie interesować w tym aucie. Jeszcze za mały jestem, żeby się fascynować markami, silnikami etc. To przyjdzie z czasem. Ciocia Agnieszka czekała na nas w hotelu, mimo iż tata pomylił drogi i zamiast 20 minut jechaliśmy na miejsce 50. Ale za to obejrzeliśmy miasto nocą. Od strony północnej to właściwie nic więcej tylko centra handlowe, sklepy a potem hotele i tzw ośrodki wypoczynkowe.

Nasz nazywał się Cotton Woods i był niedaleko centrum miasta. Rodzice, kiedy w końcu dojechali do niego, odpakowali mnie z zaciepłych ciuchów i rozpoczęła się impreza. Bo ja się wyspałem w samolocie, potem ciepło mnie rozmiękczyło i byłem gotowy na jakieś jedzonko a potem skakanie. A może nawet basen?
Niestety rodzice byli trochę zmęczeni i około 2 w nocy zmusili mnie do spania. Uznałem, że skoro ciocia Aga poszła, a tata zaczął już chrapać to czas na spanie. Rano się zacznie prawdziwy Meksyk.

Obudziłem ich o 6:00, bo ile można spać. Byłem delikatny, uznałem, że krzyczenie jest prymitywne i już wyrosłem z takich zabiegów. Wprowadziłem dodatkowe bodźce, czyli dotyk. Po twarzy, delikatnie ale długo. Tata nie wyrobił po 3 minutach, mama trochę dłużej, ale niezbyt. Wstali, wymyli mnie, siebie i wyszliśmy na śniadanko.
Tak chyba właśnie powinny wyglądać wakacje. Domek nad basenem, trawka przycięta na 2 cm, króliki kicające obok domku, 25 stopni o poranku, pojedyńcze chmurki na niebie, powolny spacer do samochodu, w którym klimatyzacja schładza powietrze w minutę, jeżeli jest taka potrzeba, poranna kawa z croisantem w kawiarni ze stolikami na zewnątrz i słoneczko, które zagląda ciekawie we wszystkie zakamarki swoimi jasnymi promykami. Tak właśnie to wszystko wyglądało. Kiedy jechaliśmy na śniadanie mijaliśmy budynek za budynkiem, równo ustawione między jedną ulicą a drugą. Takie to wszystko porządne i ładne. I wszędzie hotele i palmy. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.
Phoenix to miasto, które żyje dzięki temu, że pogoda pozwala na wyrwanie się z zimnego NY, albo Chicago i zafundowanie sobie kawałka gorącego lata w środku zimy nawet. A w kwietniu temperatura w dzień jest wyższa niż 30 stopni. Do tego wszystkiego jest sucho co sprawia, że jest to ciepło przyjemne a nie przypomina sauny czy łaźni parowej jak to się zdarza w innych partiach Stanów. Jest tam bardzo dużo hoteli, restauracji i sklepów. Trochę badziewnych, ale ponieważ większość gości hotelowych to osoby starsze i bogatsze, w większości wypadków te butiki odpowiadają ich potrzebom. Nie zmienia to faktu, że jest to miasto miłe, ciepłe i przyjazne.

Wszelkie przewodniki mówią, że o ile nie mamy innych zamiarów tylko leżenie nad basenem, to Phoenix nie jest dobrą destynacją, bo tam właściwie nic nie ma. A ja z rodzicami chciałem udowodnić, że to nie prawda i razem z ciocią wyruszyliśmy na wycieczkę do Ghost Town, czyli miasta, w którym kiedyś mieszkali kowboje a teraz jest muzem i jedną wielką restauracją. Około godziny jazdy z miasta, a dotarliśmy w końcu do tego miejca i muszę przyznać, że owszem jest trochę komercyjne, ale ponieważ nagrywano w nim wiele westernów (nawet z Johnem Waynem) to nabrało ono mocy, bo jeśli grało w filmie, to warto jest zobaczyć. Był tam nawet Elvis i grał w jednym filmie (jest w mieście kapliczka z jego postacią a nawet próbką piasku, po której chodził podczas nagrywania filmu). I rosną tam takie wielkie kaktusy. Wielkości drzew. Strasznie mi się one podobały, choć tata powiedział, że wolałby, abym ich nie dotykał, bo wbiją mi się w paluszki. Gdybym tylko sięgnął jednego pokazałbym tacie, jak bardzo się myli. A tak to tylko zrobiliśmy sobie zdjęcie w tle z kaktusem a potem zemściłem się na tacie wyrywając mu z głowy trochę włosów. To za tego kaktusa.

Spanie w takich warunkach jest utrudnione, bo cały czas się pocę. Poza tym słoneczko opala mi nóżki, które wystają z wózka, ale ponieważ moi rodzice tak bardzo dbają o to, żeby mi było dobrze, to nie robię z tego powodu dużo krzyku. Dbają o mnie, mówią do mnie cały czas, śmieją się do mnie i noszą z jednego miejsca na drugie. Pewnie, że wolałbym przez cały dzień leżeć w jednym miejscu, obok basenu, mieć taki wieeeelki zapas mleka i tysiąc zabawek obok, ale wiem, że to ich wakacje, zabrali mnie ze sobą, więc jestem tak grzeczny jak tylko potrafię.
Na przykład, kiedy byliśmy w mieście duchów i poszliśmy do miejsca gdzie pan miał wielką kolekcję węży, skorpionów i pająków, byłem cicho i nawet nie stłukłem żadnego terrarium. Kiedy poszliśmy do sklepu z pamiątkami i mama zakładała mi na głowę różne kapelusze, nie tylko nie płakałem, ale dodatkowo nie ulałem na piękne, kowbojskie nakrycia głowy, choć bardzo chciałem. W restaracji, w której krzesełko dla dzieci nie było myte od czasów Billego Kida (przykleiły mi się rączki do oparć!) zyczajnie usiadłem i czekałem na frytki. Nie dostałem ich i wtedy dopiero zacząłem płakać, ale gdybym tylko je mógł zjeść, wszystko byłoby naprawdę ok. Wycieczkę jednak uznaję za udaną, widoki były fantastyczne, wieczorem kiedy zajechaliśmy do hotelu, poszliśmy jeszcze nad basen, ale nie pływaliśmy, tylko siedzieliśmy i gadaliśmy do wszystkim. To znaczy mama, tata i ciocia gadali, a ja układałem się do snu, zaraz po tym jak usłyszałem, że następnego dnia o 8:00 jesteśmy umówieni na kąpanie.